Uzależnienie. Per aspera ad astra

Drogi do świadomości samego siebie są różne, prowadzą przez labirynty, przez kryzysy, przez sukcesy, przez lepsze i gorsze momenty. Niektórzy mówią, że musi nam się przytrafić jakaś katastrofa, ciężka choroba czy kryzys, żeby spojrzeć na swoje życie i otaczający świat inaczej.
Z pewnością nie ma lepszej drogi do samoświadomości niż samodoświadczanie, samopoznanie.
Taką drogą może być UZALEŻNIENIE. Może, bo wcale nie musi. Może, pod warunkiem, że zostanie wykorzystane jako bodziec do działania, a nie jako kajdany skazanego.
Bycie człowiekiem uzależnionym to ciągle w naszych realiach coś wstydliwego, stygmatyzującego. Nie dotyczy nas, dotyczy gorszych. A jeśli uzależnienie dotyczy kogoś w rodzinie, nie afiszujemy się z tym, z obawy o wrzucenie w szufladkę „patologia” lub po prostu ze wstydu. Takie pojęcia jak trzeźwość czy abstynencja są abstrakcyjne, niemodne, wzbudzają podejrzenie. A jednocześnie panuje społeczne przyzwolenie na picie do woli, przez każdego, przy każdej okazji.

Dlaczego uzależnieni są stygmatyzowani? 
Jest wiele powodów. Obarcza się ich odpowiedzialnością za zdegradowanie samego siebie, za rozpad rodziny, krzywdę parterów i dzieci. Ocenia się ich jako słabeuszy, bez silnej woli, podatnych na wpływy, nieudolnych i niedojrzałych. Wrzuca hurtowo do worka marginesu społecznego, niezależnie od okoliczności. Traktuje jako hedonistów i egocentryków, skupionych wyłącznie na zaspokajaniu swoich przyjemności.
Często to prawda. Ale to nie znaczy, że trzeba ich potępić, uznać za straceńców bez szans na zmianę.
Żeby zrozumieć, jak poprzez uzależnienie można odmienić swoje życie na lepsze, trzeba podkreślić wagę terapii. Długiej, żmudnej, trudnej terapii psychologicznej.
Po kilkuletniej terapii, będącej transformacją życiową, nabieramy innego poglądu na świat wartości i zasad. Terapia jest szansą, którą można wykorzystać bądź nie. Ale z pewnością jest ogromną pracą nad samym sobą. Wysiłkiem i walką. Osoba uzależniona, po terapii, „czysta”, to ktoś, kto stawił czoła wielkiemu problemowi. Stawił mu czoła i dał radę. Pomimo destrukcyjnych szponów nałogu, podjął wyzwanie i zmienił jakość swojego życia, oraz życia swojej rodziny.
To nie buła z masłem, to nie kurs asertywności, to nie szkoła coachingu. To długi proces, wieloetapowy. W terapii trzeba się zetknąć z druzgoczącym poczuciem winy, wybaczyć sobie, znaleźć nowe wartości, wzmocnić kręgosłup tak, aby nie musieć uciekać od siebie. Pokora wobec siebie i ogółu życia, jaką przejawiają w postawie życiowej trzeźwi uzależnieni, jest godna szacunku i podziwu, warto dawać ją za przykład, zamiast tępić słowa podając za wzór ludzi, którzy nigdy nie zaznali słabości, a patrzą na innych z pouczeniem, jak należy żyć. Jeśli miałeś trudności i pokonałeś je – nie masz potrzeby, by pouczać innych. Osobista zgoda na rzeczywistość pozwala innym żyć swoim rytmem, każdy ma z osobna swój scenariusz i sam reżyseruje swoje życie.
Zawsze chciałam pracować z ludźmi i dla ludzi. Nie zarządzać ale wzmacniać, przekazywać wiedzę, podnosić świadomość i kompetencje społeczne. Nie władać, ale wspierać. Uwrażliwiać.
Poszukiwałam, testowałam. Relacje biznesowe zamieniłam na relacje terapeutyczne. Wtedy zaczęłam przyglądać się ludziom baczniej. Jakie mają potrzeby, czego poszukują. Uczyłam się, jak dopasować swoje możliwości do ich potrzeb.
Szybko się rozczarowałam – ludzie szukają szczęścia i zdrowia podanego na tacy. Chcą szybkich metod, łatwych narzędzi, czarodziejskich technik. Prosto to wykreować i sprzedać, poddając naiwną wiarę psychomanipulacji. Wystarczy chcieć, by wykorzystać bezlitosny rynek. Ale, jeśli człowiek ponad wszystko potrzebuje spójności, będzie się męczył w tej hipokryzji. Wszystkie te czarodziejskie szybkie metody będą znieczulającym plastrem, którego działanie mija szybko.

Z uzależnionymi nie pracuje się po wierzchu, nie wmawia się im złotych idei, nie pakuje się ściemy. Niektórzy próbują iść okrężną drogą ale życie szybko weryfikuje ten wątpliwy wysiłek. Kiedy zobaczą w jakim są punkcie życia, kim są, co za nimi a co być może przed, chcą pracować w prawdzie, nie zamydlać sobie oczu – tu szybkie i łatwe metody polegną. Już wiedzą, że praca nad sobą wymaga wglądu, że to proces. Wiedzą, ile stracili, ile mogli stracić i jak łatwo jest tracić. Doceniają, co mają. Mają pokory, szacunku do zwykłego życia, do prostych życiowych wartości. Nie bez lęku, nałogi są podstępne. Ale, jeśli trwają w trzeźwości, mają więcej zgody ze sobą i pokoju, niż niejeden „zdrowy”.
Nie wstydzą się słabości. Przyznają do błędów. Starają się przyjąć, jak jest. I żyją w nieustającej czujności. Wiedza, że mogą przyjść kryzysy i trudności, nadaje im bycia człowiekiem z krwi i kości. Tylko głupiec uparcie i ślepo wierzy, że zawsze będzie pięknie bo „myśli mają moc przyciągania”. W jakimś stopniu tak, ale nie mamy wpływu na wszystko, życie jest zmienne, dynamiczne, nieprzewidywalne. Takie dyrdymały dla masonerii, to oszukiwanie siebie. Nikt po długim uzależnieniu i długiej terapii tego nie łyknie.

Dlatego, zanim ocenisz i wystawisz osąd, zobacz z kim naprawdę masz do czynienia.
Oni szli przez trudy do gwiazd… Czy doszli?

 

addiction-550762_640-300x211

 

 

 

 

 

 

 

 

One thought on “Uzależnienie. Per aspera ad astra

  1. Po przeczytaniu wpisu przyszło mi do głowy parę przemyśleń: płytkie podejście do leczenia uzależnień jest na rękę prawie wszystkim- od strony osoby uzależnionej- większość ludzi zmagających się z uzależnieniem nie będzie chciała się z nim na prawdę zmierzyć, ale będzie szukała sposobu, jak zmniejszyć poczucie winy i trzymać to uzależnienie pod kontrolą poprzez próby zrobienia czegoś, co nie będzie wymagało od nich zbyt wiele. (zamiast zapalić papieroska, zapalę e-papieroska, albo zjem gumę z nikotyną, bo zdrowiej) Ludzie/organizacje, którzy będą sprzedawać takie doraźne rozwiązania, również nie będą promować rozwiązań, które mogły by zmniejszyć ich bazę klientów, czyli takich, które mogłyby uzależnionym faktycznie pomóc. I tu dochodzimy do sedna konfliktu- sposoby pomocy osobom uzależnionym, które mogłyby ich faktycznie wyleczyć kłócą się z rachunkiem ekonomicznym podmiotów, które są zaangażowane w ten proces. Nawet polityka państwa w tym zakresie będzie wynikiem nacisków/lobbowania/finansowania pochodzących od koncernów i skierowanych na poszczególne osoby zaangażowane w jej tworzenie. Nie zapominajmy tez o fakcie, że politycy wcale nie potrzebują zdrowego, wolnego od nałogów społeczeństwa- przecież mogłoby skierować ono swoją uwagę na sprawy, którymi nie powinno się zajmować, czyli np. zacząć myśleć, czy patrzyć politykom za bardzo na ręce.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *